Jedną z najbardziej zaskakujących cech rowerowego świata nie jest to, jak bardzo się zmienił przez ostatnie pół wieku — lecz to, jak jeden kluczowy element pozostał praktycznie nienaruszony. Przeszliśmy od stali do karbonu. Przekształciliśmy rowery górskie z twardych maszyn w wyrafinowane platformy amortyzacyjne. zelektryfikowaliśmy jednoślad, podłączyliśmy go do smartfonów, wypełniliśmy czujnikami, oprogramowaniem i elektroniką. Pojawiły się całkowicie nowe kategorie rowerów, o których poprzednie pokolenie nie śmiało marzyć. A jednak przez cały ten czas jedno założenie pozostawało niemal nienaruszone: rower potrzebuje przerzutki.
Przez dekady to przekonanie było tak głęboko zakorzenione w branżowym myśleniu, że większość z nas przestała je w ogóle kwestionować. A jeśli jakaś firma zasługuje na szczególne uznanie za taki stan rzeczy, to jest nią Shimano — i nie jest to krytyka, wręcz przeciwnie.
Zanim przyjrzymy się temu, dokąd zmierza branża, warto docenić skalę osiągnięcia japońskiego giganta. Przez większą część ostatniego półwiecza Shimano nie tylko dominowało na rynku układów napędowych — stało się punktem odniesienia, wokół którego rynek się organizował. Menedżerowie produktu porównywali swoje rozwiązania do Shimano. Dziennikarze oceniali sprzęt na tle Shimano. Marki budowały premium'owe rowery z komponentami Shimano. Nawet firmy, które ostatecznie wybierały SRAM, robiły to często w odniesieniu do Shimano. Sprzedawcy w salonach nierzadko sprzedawali rowery napędem — nie marką ramy. To nie jest zwykłe przywództwo rynkowe. To zdolność do definiowania tego, co uchodzi za normę.
Największym osiągnięciem Shimano nie było jednak zbudowanie najlepszych komponentów napędowych na świecie. Było nim sprawienie, że sama architektura przerzutkowa zaczęła wydawać się czymś oczywistym i nieuchronnym. Branża przez dekady dyskutowała o zakresach przełożeń, szybkości przerzucania, wadze, trwałości i cenach. Rzadko kiedy dyskutowała o samej przerzutce — o jej koncepcji i racji bytu. Gdzieś po drodze przestała być ona produktem, a stała się założeniem.
To istotne, bo historia ma zwyczaj zaskakiwać branże właśnie wtedy, gdy przestają kwestionować swoje podstawowe założenia. Koń nie stał się złym środkiem transportu z chwilą pojawienia się samochodu. Film fotograficzny nie przestał działać, gdy pojawiła się fotografia cyfrowa. BlackBerry nie upadł dlatego, że fizyczne klawiatury przestały działać. W każdym z tych przypadków dominująca technologia robiła to samo, co zawsze — zmienił się natomiast kontekst wokół niej.
I tu właśnie dochodzimy do współczesnego e-bika. Przez większość historii kolarstwa układy napędowe ewoluowały wokół przewidywalnego źródła mocy: człowieka. Nawet najsilniejsi zawodnicy świata działali w stosunkowo wąskim oknie operacyjnym. Łańcuchy, kasety i przerzutki zostały do tej rzeczywistości dopasowane i udoskonalone w zadziwiającym stopniu.
Potem przyszły e-bike'i. Początkowo tradycyjny układ napędowy adaptował się całkiem dobrze — pierwsze systemy wspomagania były stosunkowo skromne i nie było powodów, by kwestionować architekturę. Shimano ulepszało Shimano, SRAM ulepszał SRAM, a podstawowa formuła pozostawała niezmieniona. Gdy jednak moc silników zaczęła rosnąć, priorytety wielu rowerzystów zaczęły się przesuwać.
Przez dekady waga była centralnym punktem całej dyskusji. Każdy gram miał znaczenie. Każdy komponent był oceniany przez pryzmat efektywności i redukcji masy. Ta logika miała doskonały sens, gdy rowery napędzane były wyłącznie ludzkimi nogami. Elektryczne rowery górskie wprowadzają jednak inny zestaw priorytetów. Zużycie komponentów rośnie wykładniczo, dlatego liczy się niezawodność. Liczy się trwałość. Liczy się płynność przerzucania. Liczy się zdolność do przekazywania mocy w sposób równomierny i przewidywalny na stromym, technicznym podjeździe. Nieudane przerzucenie w połowie trudnego climb'u to już nie tylko irytacja — może oznaczać utratę impętu, postawienie nogi na ziemi, a w skrajnych przypadkach upadek.
Co fascynujące, alternatywne koncepcje układów napędowych istniały od dawna — tyle że środowisko rowerowe ewoluuje właśnie w kierunku, który sprawia, że ich zalety stają się coraz bardziej istotne. I nie jest to obserwacja jednej firmy. Wiele firm wydaje się dochodzić do podobnych wniosków niezależnie od siebie.
Pinion znalazł się wśród pierwszych, którzy zakwestionowali przyjęte normy. Przenosząc skrzynię biegów do centralnej części ramy, firma postawiła pytanie, czy przerzutka w ogóle musi pozostawać sercem układu napędowego. Valeo poszło podobną drogą, lecz inną ścieżką techniczną — łącząc silnik i skrzynię biegów w jedną zintegrowaną jednostkę, zacierając tradycyjną granicę między nimi. Nowsze systemy, jak Owuru, przywróciły do dyskusji koncepcję bezstopniowej skrzyni biegów (CVT), sygnalizując, że alternatywne podejścia zaczynają wyrastać poza niszowe eksperymenty inżynierskie i wchodzić w obszar komercyjnie opłacalnych produktów. Równolegle Gates niezmiennie kwestionuje zasadność stosowania łańcucha, technologie automatycznej zmiany biegów podważają sens ręcznego zarządzania przełożeniami, Classified bada jeszcze inną ścieżkę, a Gobao wkracza do dyskusji z tym, co może być najbardziej ambitną propozycją dotychczas.
W tym miejscu pojawia się naturalne pytanie: jeśli alternatywne architektury napędowe są tak obiecujące, dlaczego systemy przerzutkowe wciąż dominują na rynku? To uczciwe pytanie. Pinion nie jest nowy. Skrzynie biegów nie są nowe. Napędy pasowe nie są nowe. Integracja silnika z przekładnią w jednej jednostce też nie jest już rewolucją. A mimo to zdecydowana większość premium'owych rowerów nadal opiera się na tej samej podstawowej architekturze napędowej co dekadę temu.
Być może właściwe pytanie nie brzmi, czy Pinion miał rację — lecz czy Pinion był po prostu za wcześnie. Możliwe, że pewną rolę odegrały też gabaryty i początkowa masa tych rozwiązań. Gdy Pinion po raz pierwszy zakwestionował konwencjonalne myślenie o napędach, silniki e-bike'ów generowały znacznie mniejszy moment obrotowy niż dziś. Obciążenie związane z serwisowaniem tradycyjnych układów było niższe. Rowerzyści dopiero odkrywali, czym może być e-bike. Producenci skupiali się głównie na adaptacji istniejących konstrukcji do elektryfikacji, a nie na ich całkowitym przeprojektowaniu — bo osiągi nie były jeszcze wystarczające dla wymagających trail riderów.
Środowisko było inne. Dziś branża stoi u progu nowego rozdziału.